SPORTOWIEC

Forum dla sportowcow
It is currently January 8, 2009, 10:22 am

All times are UTC





Post new topic Reply to topic  [ 1 posts ] 
Author Message
PostPosted: 2003-10-20 17:30:07
Online
Registered User

Joined: 2003-10-20 17:30:07
Jak niektórym wiadomo, spłynąłem we wrześniu z Iznoty na Krutyni do
Wieńca na Zgłowiączce k. Włocławka. Zamierzałem płynąć dalej, do
zlewni Warty i kanałami Obry do Odry. Nic z tego nie wyszło, na
Zgłowiączce za mało wody.
1. Dzień pierwszy.
Dobrzy ludzie zaopatrzyli w rozmaitą spyżę na zakończenie spływu w
Iznocie, odwiązałem sznurek i hajda dalej. Wkrótce już Bełdany.
Patrzę, no jest duże ale żeby aż tak... to nie.
Wiaterek na 2B w pysk, no więc do drugiego brzegu i kombinuję. Ruch
na wodzie duży, jakieś pasażery pływają, jachty wszelakie tu i tam.
Dopływam mocno po południu do Śniardw. W lekkim strachu no bo ta
rozległość.. Ale nie jest źle. Rozmiary rzeczywiście impomujące komuś
z Niesłysza, ale drugi brzeg widać świetnie, falka taka na 20-25cm i
wiatr w pysk of course. Pomachałem pagajem do wieczora jadąc wzdłuż
trzcinowisk sięgających na paręset m w jezioro i dobiłem na nocleg w
Niedźwiedzim Rogu.
2. Dzień drugi.
Skoro świt na łódkę i ciąg dalszy. Zrobiłem niezły kawałek zanim
wiatr się rozwiał. No ale tak na wysokości wyspy już wiało 3 no i
całe Seksty pod wiatr. Na kanale na jez. Roś niespodzianka - śluza,
psiakość. Cumuję, pytam... za darmo nie ma. No to szykuję się do
przenosin łódki. Ale ktoś tam podpływa, jeden, drugi jacht no i
śluzowy macha ręką: dawaj pan do komory :)
No i tak prześluzowałem się za friko. Dalej kanałem zabrałem się na
sznurku za jachtem idącym na motorku do Pisza. A na przestrogę:
Siedziałem sobie wygodnie z tyłu i podziwiałem widoki. W pewnej
chwili zachciało mi się podejść do przodu do bagaży coś zabrać. No i
idę, dociążyłem dziób, łódka zamyszkowała jak cholera, sznurek
szarpnął w bok i mało co nie wyfrunąłem z łódki. Tylko wody nabrałem
deczko...
W Piszu (mnóstwo jachtów wszelakich zimuje tam na brzegach...) sunę
sobie za stadkiem łabędzi. Część mnie ominęła a jeden uparty ciągle
przede mną. W końcu wystartował i tak nieszczęśliwie że prosto w
przewody wysokiego napięcia. Zakotłowało się, zadźwięczało, sypnęło
pierzem i ptak bęc do wody, martwy zupełnie:) No to ja podpływam, za
szyję i do łódki. Po południu wcześniej się zatrzymałem na noc (koło
wsi Jeże), odarłem ze skóry i wypatroszyłem ptaka i na rożen ;)
Piekłem zwierzaka do wysokiego księżyca a on cały czas twardy ;) Ale
w końcu uznałem że dosyć i pojadłem sobie. Niezły choć twarde mięcho
bez grama tłuszczu. Jadłem tego ptaszora jeszcze 3 dni po 3 razy
dziennie, tyle go było. Pisa całkiem ładna. Na prawym brzegu Puszcza
Piska, liczne wiatrołomy. Cały efekt psuje hałas z szosy na biegnącej
o kilometr - dwa lewym brzegiem.
3. Dzień trzeci.
Pisa w dolnej połowie biegu meandruje nieźle. Już nie tak ładna jak w
górnej części. Łąki i krowy. Nocleg przed ujściem, koło wsi Jurki.
4.Dzień czwarty.
Mały kawałek Pisy i już Narew. Miłe zaskoczenie. Rzeka całkiem ładna.
Płytko oczywiście. Wysokie brzegi, liczne laski sosnowe do
obozowania, jałowiec, zabudowania rzadkie, rozrzucone i oddalone.
Spokój. Woda czysta, jak na dużą rzekę, oceniam że do kapieli się
nada i po przegotowaniu do picia. Przed Ostrołęką kleks w postaci
wielkiej, huczącej elektrowni. Parę km przemysłowego krajobrazu.
Nocuję trochę poniżej miasta, za blisko niestety. Na brzegu
śmieciowisko. Trudno, zauważyłem zresztą że jakbyś bracie, nie
wybierał miejsca na noc zawsze najlepsze jest kilometr dalej, za
zakrętem.
5. Dzień piąty.
Front ciepły który uprzejmie się zapowiadał od przepisowych 3 dni
właśnie się dotelepał. Po południu zaczyna siąpić. Trochę poniżej
Rożana wybieram lasek, wygrużam sprzęt. Przestaje siąpić. Wsiadam do
łódki, znowu siąpi. Niech to... wysiadam jeszcze raz i rozbijam obóz.
No i dobrze, bo już nie przestaje do rana. Mijają mnie dwa jachty
idące na motorkach w dół. Tuż przy mnie, w raźnym deszczyku drugi
wiesza się na piachu, bractwo wyległo z ciepłych koi i z kwedrans
walczyło o tą stopę (czy raczej cal) wody.
6. Dzień szósty.
Wszystko moookre...w łódce woda stoi. Organizuję się i dalej na wodę.
Dzień znowu śliczny, słońce pali. Narew meandruje, wiatr mam raz z
tyłu, raz z przodu. Na obiad zatrzymuję się w sośniaku, rąbię szczapy
na ognisko. Już narąbane a tu szelest i z krzaków wyłaniają się dwaj
mundurowi panowie. Co to, ognisko zamierzamy? Ano, zamierzaliśmy,
mówię, ale chyba zrezygnujemy ;) Pakuję manele, na łódkę, i co widzę
za jakieś 200m? Dwaj pozostali panowie przy samochodzie straży palą
sobie ogieniek w najlepsze. Oj, panowie pilnowacze, nieładnie!
Obiecałem że obsmaruję. Dobijam do drugiego brzegu za parę km i w
spokoju sobie robię obiad. Od Pułtuska koniec prądu, płynę
praktycznie po stojącej wodzie, wreszcie jest w co wiosło wetknąć.
Jakiś gostek ma motorówie mnie wyprzedza, staje, zawraca. Jak jestem
o 20 kroków rusza pełnym gazem mi naprzeciw i mija mnie o 5 kroków.
Przydała się zwrotność łódki. Jeden mach pagajem, obracam łódkę o 90
stopni i biorę falę dziobem. Sekunda spóżnienia i byłbym fiknął, ale
przeczułem pismo nosem ;) Nocuję koło Pogorzelca, na wysokim brzegu.
Nie ma sosen i chrustu, zapalam palniczek na denaturat.
7. Dzień siódmy.
Zalew Zegrzyński. Wiatr SE, 3B. Dziób łodki niedociążony, klapie o
falę. Namagam jak mogę, ciężko jest. Dalej od brzegu fala, bliżej
wędkarze. Pojawia się jakaś przystań a na niej gość biegnie i macha
do mnie. No to podpływam, a to znajomek z spływu. Zaprasza na
herbatę, kto by odmówił ;) Dobijam do plaży a tu przy stoliku
towarzystwo. Mile witają, częstują słodkościami, wędzonkami, fajkami.
Istna rozpusta. Czas mile leci, pora dalej. Mówię o dalszej drodze a
tu się okazuje że na zaporze w Dąbkach nie ma śluzy... Co tu robić,
może kanałem Żerańskim... Ale staje na tym że znajomek pakuje moje
kanu na dach bryki, mnie z prezentami od pań do środka i zawozi niżej
zapory. Ha, ale mi się fartnęło. Piękne dzięki!
Jeszcze tego popołudnia wypływam na Wisłę. No, myślę sobie, wreszcie
będzie tyle wody żeby pióro schować. Ale gdzie tam, okazuje się że
Wisła jeszcze płytsza od Narwi. Mijam imponującą ruinę spichlerza u
zbiegu rzek. Słońce ledwo na dłoń nad horyzontem jak wybieram sobie
wysepkę na obóz, poniżej Zakroczymia. A co, będę królem wyspy. Robię
obchód królestwa i są rezultaty: Na spłachciu piasku na środku
wysepki rośnie krzak pomidorów obwieszony owocami. Jest tego chyba z
3 kg.
8. Dzień ósmy.
Płynę, płynę.... Już się dogadałem z prawym barkiem. Umowa stoi tak:
Ja będę delikatny a on wytrzyma parę km do zmiany. Muszę machać
symetrycznie żeby odciski na łapach formowały się równomiernie:)
Dopływam do Białobrzegów przed Płockiem i mam dosyć.
9. Dzień dziewiąty.
Parę km do Płocka. Wiele się tam buduje. Most, umocnienia brzegów. Od
miasta znów koniec prądu, zalew Włocławski. Na noc dobijam koło
Więcławic, namiot stawiam 5cm nad poziomem wody, na piachu i
muszelkach. Mnóstwo opału, robię wreszcie porządne ognisko. Prawy
brzeg zalewu wysoki, ma wiele uroczych miejsc do obozowania. Trafiają
się stare jabłonie. Woda na tyle czysta że odważyłem się umyć.
10. Dzień dziesiąty.
Na wodę skoro świt. Płynę parę godzin po lustrzanej gładzi. W dali
optyczne efekty typu fatamorgana. Jakieś obrazy wiszą nad taflą. Co
dobre nie trwa długo i nadchodzi wiatr. Ukośnie z przodu i lewego
brzegu. Przytulam się do niego jak mogę, ale ten brzeg płytki...
Nawijam na wiosło wodorosty, walę o kamienie. Woda coraz czystsza,
już bym się mógł wykąpać a nawet herbaty na niej zrobić. Zalew działa
jak niezła oczyszczalnia biologiczna. W końcu, koło 13 dopływam do
zapory. Ledwie daję radę wpłynąć do portu, takie wietrzysko w mordę.
Cumuję koło jakichś jachtów i na zwiady. Znajduję centrum dowodzenia,
są pracownicy. Niestety, kajaków śluzować strogo zaprieszczieno. No
to, mówię, pomożecie przenieść? Jasne, pomożemy. Lecę jeszcze do
sklepu coś kupić i z powrotem. Już 15 dochodzi, na coś czekamy. Ktoś,
coś płynie z dołu rzeki. Mówię żeby mnie za jednym zamachem, po
cichu... No i prześluzowali ;) Mam bilet, a jakże, na łódź
turystyczną. Komora ogromniasta, strach ogarnia. Jadę te 8 pięter w
dół, wrociska się otwierają, wiatr jak nie wionie... No, ale w końcu
na rzece znów. Mijam Włocławek, zaraz za mostem wielka niewiadoma -
Zgłowiączka.
Dopływam do ujścia i z miejsca próg, betonowe brzegi, kamienie...
jakieś chłopaki pomagają przetaszczyć łódkę i są tacy fajni że
pomagają na jeszcze dwóch następnych progach za jakieś 100m. Płynę
przez park, element pokrzykuje za mną: Dokąd to płyniesz, Indiana
Jones?
Wody o dziwo, całkiem dosyć. Zanim wypłynę z miasta jeszcze trzy
kamieniste bystrza. Na trzecim, pod mostem pomaga przenieść krypę
wędkarz (hihi). Wreszcie jakaś łączka. Słońce już zaszło jak się
rozbiłem.
11. Dzień jedenasty.
Płynę przez strefę ogródków działkowych. Zgroza, czego te gnojki do
wody nie wrzucają. Mijam kolejne śmietniki. Dno rzeki na przestrzeni
2km wyłożone fajansowymi skorupami, nawet cały kubek znalazłem.
Włocławska Fabryka Fajansu się kłania. Oj, przydała by się jakaś
grzywienka dla pana dyrektora. Bywa płytko i muszę ciągnąć łódkę.
Dobrze że mam butki do chodzenia po wodzie, nie dałbym rady na tych
skorupach. W końcu miasto za mną. Rzeczka traci ściekową opalizację i
pokazuje lwi pazur - woda bardzo czysta, zielsko rośnie, rybki
pływają, kamieniste bystrza, wysoki brzeg z sosnowym lasem, fajnie
jest. Meandruje czasem tak ciasno że łódka zakrętu nie wyrabia.
Przeciskam się przez wierzbinę, ciskam łódką przez zatory. Na dnie
łódki układa się liściasto-pajęczasta wyściółka. Coś mi łazi za
koszulą, faaaajno. Ale las się kończy, zaczynaja się łąki. Mijam
Wieniec Zdrój a tu wody jakby mniej... Jadę dalej, coraz płyciej.
Przepycham się przez wodorosty, w końcu nie daję rady. Muszę w
gęstszych miejscach wysiadać i ciągnąć łódkę po zielsku. Już za wsią
decyduję: Nie dam rady, przecież tego jest jeszcze ze 30 km. Parę km
wyżej woda się dzieli na Zgłowiączkę i Bachorzę po połowie a już
teraz nie starcza. No i zawracam do wsi. Na brzeg i rozbijam obóz,
idę do telefonu dzwonić po transport. Na drugi dzień rano - patrzę a
tu w rzece pełno wody! Robię wywiad, okazuję się że 3km wyżej jest
MEW. Automat puszcza wodę na parę godzin mniej więcej co dobę,
półtorej. Już po południu znów wody niet. Dojechałem na fali... :)
12. Dzień 12 i 13 - czekam na transport... myślałem że mnie cholera z
nudów weźmie. Ale cóż, siła wyższa, dopiero na 3 dzień syn mógł po
mnie przyjechać.
13.Podsumowanie.
Pogoda mnie rozpieszczała. Słońce paliło, jedyny deszczyk był nocą.
Wiatr przeważnie słaby, z wschodniej ćwartki. Wiosło olaminowane
grubo matą na żywicę otłukłem do gołego drewna. Dno nieźle
porysowałem. Przebiegi dzienne: Zaobserwowałem że z jednego
machnięcia pagajem przepływam długość łódki, jakieś 5m. To daje 200
machnięć na km a jedno trwa jakieś 3 sek. Czyli na godzinę robiłem
jakieś 6km. Płynąc od rana do wieczora, z przerwami, te 40-50 km się
robiło. Ha, będę musiał jeszcze kiedyś zrobić to przejście wschód-
zachód przez Zgłowiączkę. Na pływanie pod prąd tym kanu jestem za
cienki, jest za duże a ja za słaby. Może z jakimś kompanem...
Pożyjemy, zobaczymy. W maju/czerwcu planuję Drawę z żoną spłynąć. A
na jesień na Mazury. No, chcieliście, to macie do poczytania. Do
spotkania na wodzie!
--
Jacek

*** Kanu rulez! ***


Top
 Profile
 
Post new topic Reply to topic  [ 1 posts ] 

Who is online

Users browsing this forum: Alfetta,salve,Klara, 2 guests, projektory sony telewizory LCD Tanie Ubezpieczenie karty graficzne geforce badanie słuchu wagi dentysta wrocław Szlifowanie otworów IKEA depresja sony vegas


New posts New posts    No new posts No new posts    Announce Announcement
New posts [ Popular ] New posts [ Popular ]    No new posts [ Popular ] No new posts [ Popular ]    Sticky Sticky
New posts [ Locked ] New posts [ Locked ]    No new posts [ Locked ] No new posts [ Locked ]    Moved topic Moved topic
You can post new topics in this forum
You can reply to topics in this forum
You cannot edit your posts in this forum
You cannot delete your posts in this forum
You cannot post attachments in this forum

Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group