Jedni pytają gdzie popływeać, inni już powiedzieli gdzie będą pływać
więc ja
też zdradzę:
1 maja: jez. Głuche Duże-rz. Kulawa do ujścia-rz. Zbrzyca (pod prąd) do m.
Laska;
2 maja: jez. Studzieniczne (od m. Studzienice)-jez. Kłączno-rz. Kłoniecznica
do
ujścia-rz. Zbrzyca do ujścia i z powrotem (pod prąd) do m. Laska;
3 maja: jez. Brzeźno (od leśniczówki, której już nie ma, Popówka)-jez.
Kały-
jez. Małe Młosino-jez.Duże Młosino-rz. Młosina (Młosienica) do ujścia i
z
powrotem (pod prąd) do m. Leśno.
Jak oceniacie taki program? Płynę sam (co za radość).
Ślimak
Czy ktoś płynął Wietcisą powyżej Lubieszyna?
W ubiegłym roku widziano samotnego kajakarza na przenosce w Skrzydłówku.
Czy osobnik ten udziela się na grupie? Jeśli tak to proszę się odezwać!
Opowiadanie to jest przestrogą przed korzystaniem z porad samozwańczego
nauczyciela kajakarstwa.
On, walnięty rydwanem czasu i doświadczeń, bynajmniej nie pakowne
chłopisko,
obeznany z mokra robotą, dotknięty kajakową szajbą ale przecież kumaty
gościu.
Ona, nadobna dziewoja, przecież nie wczesna nastolatka czy dziewuszka,
unikająca
fitnes-pralnii, która nie godząc się na upiorne bóle zakwasów mięśni
przygotowana marszami maksymalnymi ćwiczonymi regularnie od wczesnej wiosny,
każdorazowo zakończonymi kilkoma przysiadami rozciągającymi krocze była
gotowa
na spotkanie z miłośnikiem mokrej roboty.
Zanim zrzucili kajak na wodę zapakowali graty upychając je wiosłem w
dziobnicy
czy innej jakiejś dziurze.
Znalazł się tam między innymi kociołek ogniskowy wraz z kratą i folią do
pieczenia. Armaciastą lustrzankę zostawili w domu zadowalając się
durnostrzałką
ze szklanym obiektywem. Było też miejsce na tasak niepodobny do ramboidalnego
ucinacza głów, dalekozasięgowy reflektor z zapasowymi bateriami
naładowanymi po
dach, a także busola z różą wiatrów oraz trzy gąbki: do mycia kajaka,
mycia
ciała oraz do defekacji kajakowej z użyciem gąbki, bo przecież
niezastąpionym
nocnikiem w kajaku jest właśnie gąbka. Nie zapomnieli również o apteczce z
węglem medycznym na wypadek zatwardzenia i wózku kajakowym, bo ten trzeba
zabierać. Zawsze! Były tam jeszcze inne fidrygałki.
Po uporaniu się z bambetlami posadzili swe zadki w samodopasowujących się
siedzeniach poliestrowego samotransportującego sztywniaka.
Chwyciwszy mocno w dłonie aluminiowe styliska swych skrzyżowanych wioseł o
odsadzonych piórach, orząc wodę pojechali ostrym nurtem rzeki.
Pierwszy zakręt pokonali ciągiem wstecznym, ale zaraz pojawiła się nisko
usytuowana kłoda. Duży problem! Prosta rada. On rozpędził najmocniej jak
potrafił zwiędniętymi już mięśniami kajak, bo przepłynięcie pod nisko
usytuowaną
kłodą wymaga szybkiego napłynięcia. Ona błyskawicznie schowała się cała
do
kokpitu przedtem odkładając wiosło – jak zawsze – w poprzek
łodzi. Zawsze znaczy
zawsze... I już! Natychmiast po minięciu kłody szybko zajęli miejsca dla
dalszego wiosłowania.
Tuż za kłodą w poprzek nurtu drzewo z częściowo zatopioną koroną. Taka
przeszkoda też wymaga uwagi i ostrożności. Aby nie ugrzęznąć w
gałęziach mocno
rozpędzili kajak.
Z oddali dochodził szum wody. To bystrze pod mostem, ale bystrza pod mostami
nie
są groźne, byle nie zahaczyć o jakieś cósik.
Rzeka nie była głęboka, a nurt powolny. Niespodziewanie zawiśli na kamorze.
Zauważyli przyjemniaczka dopiero gdy na nim usiedli, sprawa była już
bardziej
skomplikowana.
Wszystko da się zrobić dopóki żyjemy!
Przewrócili się z kajakiem do wody czyli wywrotka na własne żądanie...
fikołek z
rozsądku.
Stanąwszy w płytkiej wodzie łapali co tam było do połapania i natychmiast
przewrócili kajak do normalnej pozycji. Natychmiast po odwróceniu łodzi
przystąpili do opróżniania kajaka z wody plastikowym rondelkiem przezornie
przywiązanym metrową lineczką z tyłu do oparcia. Przydała się tez duża
gąbka.
Razem trwało to dziesięć, dwanaście minut.
Potem wsiedli do kajaka i jak gdyby nic się nie stało płynęli dalej.
Dopłynęli do jeziora. Mając pełną orientacje wzrokową nie musieli
zasuwać
dookoła wzdłuż brzegów i bać się, że zabłądzą na amen.
Szarżując falę zwaną kilwaterem wznieconą przez idiotę na skuterze wodnym
uniknęli wykopyrtnięcia. To było bardzo dożylne repetytorium z fizyki, bo
pływanie kajakiem, to nie tylko wożenie tyłka w dość długiej wanience.
Mijali rodzinę łabędzi, gdy nagle jeden z nich wystraszony gwałtownie
zawrócił.
Jego pociągnięcie skrzydłem po wodzie wzbudziło dużą, boczną falę.
Zwykle kończy
się to wywrotką! I tak było tym razem.
Wywrotka na dużej wodzie to żadna przyjemność. Ot, normalny element
codziennego
życia turysty kajakowego.
Znowu przydał się czerpak na lineczce. Wylali dzięki temu część wody z
kajaka i
holowali go do brzegu gdzie wypatrzyli dobre miejsce na biwak.
Holowanie częściowo opróżnionego z wody kajaka wcale nie jest trudne, ani
uciążliwe.
Minęli chęchlowisko z łanu wodorostów powierzchniowych i szczęśliwie
osiągnęli
brzeg.
Wybrali to miejsce bo było bezludne, a przecież ludzie czasami robią
wieczorami
i w nocy w namiotach rzeczy do których świadkowie są najmniej potrzebni.
Rozłożyli swój beczkowaty namiot. Rozpalili ognisko i ugotowali zupę
(kokieteryjnie z francuska nazwaną soupe à la mundi) z głów ryb
okazyjnie
kupionych od wędkarza uprzednio pozbawiwszy je życia – jedno uderzenie
w łeb
powyżej oczu i.... po kłopocie.
Pozostałe tuszki upiekli z warzywami w folii i rozkoszując się ciszą
cichutko
nucili:
„ Kretyn spływał w kajaku na rzece,
Uśmiechnięty, szczęśliwy jak świnia,
A że kretyn był, więc z istoty rzeczy
Za każdym kilometrem kretyniał”
(K. I. Gałczyński)
Co prawda w nocy nie zmrużyli oka, bo z przeciwległego brzegu woda niosła
wyśpiewywane przez integrujących się napojami masowego rażenia,
rozwrzeszczanych
późnych nastolatków piosenki masowego rażenia. Nad ranem odwiedził ich
zając –
przedstawiciel zwierzyny płowej – może był chory na wściekliznę?
Napływali się setnie. To właśnie rady doświadczonego kajakarza są
najlepszą
szkołą turystyki kajakowej. Znacznie lepszą niż ten tekst.
Powyższy tekst jest kompilacją. Wszelkie nietypowo brzmiące (z punktu
widzenia
Słownika Poprawnej Polszczyzny) zwroty, związki frazeologiczne cytuję za
pewnym
poradnikiem nazwanym Szkołą, którego pełnobrzmiącego tytułu oraz
nazwiska
autora nie wymienię, by nie być posądzonym o kryptoreklamę tego
„dzieła”. Nie
odpowiadam również za nagminne błędy interpunkcyjne oraz stylistyczne. Moim
oryginalnym wkładem jest jedynie dołączenie wiersza Gałczyńskiego. Ku
przestrodze...
Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie....
i ma w miarę aktualne informacje na temat rzek (warunków pływania,
przeszkód,
uciążliwości itd., itp.) w dorzeczu Słupii: Kamienica, Bytowa, Stara
Słupia,
Jutrzenka, Skotawa proszony jest o podzielenie się wiedzą.
Ślimak
> Jedziemy na spływ z dziecmi i zastanawiamy się nad rzekami podanymi w
> temacie,
Dla formalności: Chocina nie Chocinka (albo masz na myśłi rzeke w tym
rejonie o
której nie słyszałem)
>czy macie jakieś doświadczenia na tych rzekach o których warto
> wiedziec.
Nooo, troche tak
> Pytanie: od którego miejsca można zwodowac kajaki na Młosienic?
od samego początku czyli na jez. Białe
> Pytanie: czy Chocina i Kłoniecznica jest spławna na całej długości przy
> niskim stanie wody?
Chocina raczej tak, Kłoniecznica w środkowym odcinku niekoniecznie.
Jeśli płyniesz z dziećmi dwujkami to odradzam środkowy i dolny odcinek
Kłoniecznicy
> Pytanie: czy można w jkiś sposób połączyc parę rzek żeby wydłużyc
spływ?
Można. Zależy do tego na ile jesteś mobilny i niezależny. Popacz na mapę,
przeanalizuj dojazdy i dległości, a na pewno wymyślisz optymalna trasę
Pozdrawiam
Ślimak
Post subject: Re: Chocinka Kłoniecznica Młosienica
Posted: 2006-07-12 20:13:02
Replies: 1 Views: 2236
> Czy wcześniej można spływac ponad Chociną i jak daleko Osusznica,
Młosina?
Czytaj odpowiedzi. BoDro juz ci odpowiedział, ale skożystaj z własnego
umysłu :))
Kiedy będziesz w tej okolicy?
Na Zbrzycy i zapewne kowałku Młosiny będę w najbliższy Łykend
Ślimak
PS Na Osusznicy może nie być wody
> To zależy, którą odnogą się płynie, w którym miejscu się wchodzi do
> jeziora itd.
Tego to nie wiem jeszcze
> Ale jak nadłubałem sobie w http://mapy.cz, to mi wysło ~124km,
> a ja nadłubałem w Google Earth, to wyszło o 200m mniej.
> michal.jankowski@asp.lodz.pl napisał(a):
> mam serdeczna prosbe o polecenie mapy turystycznej (normalnego
> papierowego wydawnictwa) dla rejonu szlaku kajakowego rzeki Zbrzycy.
>>Korzystałam z mapy Zaborski Park Krajobrazowy,
>> Pozdrawiam
> >MAlina
Malina jak zwykle: szybka, precyzyjna i niezawodna. Nic dodać.
Ślimak
Post subject: szlakiem rozlewisk warmińsko mazurskich - Łyna :)))
Posted: 2006-08-17 20:58:16
Replies: 4 Views: 1985
> Halo Ślimak
> pisze na liste bom twego mejla zapodział,
> syszałem żeś na Łynie był ostatnio, i to na niebagatelnym górnym
odcinku,
> Pozdro
> Bestya
Plan był taki by rozpocząć od Wólki Orłowskiej. Pobieżny rekonesans
wykonany
przez mało doświadczonego kajakarza sugerował, iż rzeka jest niespływalna
z
powodu znacznego rozrostu roślinności wodnej. Aliści napotkany w Brzeźnie
Łynskim, gdzie ostatecznie rozpoczęliśmy, bardzo pomocny wędkarz w łódce
stanowczo twierdził (powołując się na swoje doświadczenie), iż można
zaczynać
poniżej Wólki od ruin starego młyna (powyżej rozpoczyna się już rezerwat
„Źródła
rzeki Łyny i z powodów formalnych nie można pływać kajakiem).
Początek bardzo przyjemny - dwa niewielkie jeziora: Kiernoz Mały i Kiernoz
Wielki połączone krótkimi odcinkami rzeki – zakończony mostem w
Kurkach.
Za Kurkami silnie zarośnięty i meandrujący odcinek do jeziora Łańskiego.
Samo jezioro nie zachwyca, to duże jezioro, które po prostu trzeba
przepłynąć.
Wypływ Łyny z jez. Łańskiego niewidoczny – jeśli się nie wie lub
nie ma nikogo
kogo można by spytać to można szukać bardzo długo – należy
popłynąć przez
trzciny wzdłuż pomostu w ośrodku Rady Ministrów (oczywiście należy mieć
zgodę na
pływanie po tym akwenie – tylko proszę nie wysyłać postów, że ktoś
pływał bez
takiego zezwolenia. Wszyscy wiemy, że wielu tak postępuje, kwestia czy
słusznie
jest tematem do innej dyskusji).
Krótki odcinek rzeki doprowadza do jeziora Ustrych kończącego się mostem i
MEW,
którą należy obnieść.
Poniżej tego miejsca rozpoczyna się rezerwat „Las Warmiński”
(również wymagający
zezwolenia na przepłynięcie).
Jak przystało na rezerwat leśny odcinek uczciwie zawalony drzewami
(aczkolwiek,
w mojej ocenie nie aż tak straszny) z przyzwoitym nurtem i kilkoma bystrzami.
Faktem jest, że nie jest to odcinek dla „niedzielnych kajakarzy”.
Około kilometra przed miejscowością Ruś kończy się przełomowy odcinek
Łyny, nurt
zwalnia, rzeka staje się szersza. Wszystko przez zastawke przed hodowla ryb w
Rusi (koszmarna przenoska).
Dalej do Olsztyna lekko, łatwo i niezbyt ciekawie. Małe urozmaicenie w
Olsztynie
w obrebie starego miasta gdzie nurt przyspiesza.
Przenoska pod zamkiem w Olsztynie (krótka, jeśli dopłynie się do samego
mostu i
wyląduje po prawej stronie.
Kolejny odcinek przesadnie reklamowany jako drugi przełom Łyny to króciutkie
przyspieszenie przez Las Miejski.
Potem szeroko, leniwie ale pięknie do ujścia Wadąga (krótka przenoska na
MEW) i
dalej do Redykajn gdzie skończyliśmy.
Była jeszcze Marózka, ale to już nie ten wątekJ
Zdjęcia oczywiście będą jak się wyrobię
Ślimak
Post subject: Re: szlakiem rozlewisk warmińsko mazurskich - Łyna :)))
Posted: 2006-08-17 21:03:33
Replies: 2 Views: 508
> heh, bos nie był na gornym odcinku. Rok temu zrobilismy CAŁĄ Łyne od
> poczatku czyli od WAPLEWA
> do Sępopola (do granicy troche zostalo)
> Kaczu
Chyba się koledze pomyliły rzeki.
Waplewo leży nad Marózką.
A Łyna zaczyna sie zupełnie gdzie indziej. Przechwalanie się zrobilismy
CAŁĄ
Łyne to nieporozumienie: brak początkowego odcinka, że o dopłynieciu do
Pregoły
nie wspomnę.
To tyle kwoli prawd oczywistych.
Ślimak
You can post new topics in this forum You can reply to topics in this forum You cannot edit your posts in this forum You cannot delete your posts in this forum You cannot post attachments in this forum